Rozpad jako afirmacja życia. ,,Wyjedź, zanim nadejdą deszcze"

,,Śmierć jest jak wielki tłumik, w który ludzie mogą wlać swoje interpretacje miłości, utraty i tęsknoty. Rozwód z kolei to wybór i trudno znosić nieuniknione gorzkie rezultaty oraz drżącą
niepewność, które ze sobą niesie. Rozstanie jako społeczna choroba jest groźne, destabilizujące i wszyscy oprócz najbliższych przyjaciół – a czasem nawet i oni – odsuwają się od tego nowego zagrożenia. Małżeństwo, jego bajkowe obietnice, zwodnicze bezpieczeństwo i pozorne wrażenie wyższej moralności traktujemy jak medal. Politycy i gwiazdy sportu zyskują na pożyczonym kapitale długiego i dobrego małżeństwa; upadają, jeśli poniosą kompromitującą porażkę".


















Alexandra Fuller




Okładka: Wyd. Czarne


Afryka, miłość, śmierć, epidemie. 
Upojenie, chaos, samotność, przygoda. 

,,Wyjedź zanim nadejdą deszcze" Alexandry Fuller to książka, która pomaga pogodzić się z tym, z czym od lat próbuję walczyć, na wszystkie możliwe sposoby podporządkowując sobie czas, wypełniając go po brzegi, bez przestrzeni na oddech. Pomaga zaakceptować fakt, że zmiany, straty i cierpienie są i zawsze będą częścią życia.

Co może przypomnieć nam o tym bardziej niż obecna sytuacja świata?

Lektura tej książki zmusiła mnie też do rozważań o tym dlaczego tak trudno byłoby mi mieć choć przez chwilę w życiu moment takiej naiwności, by wyjść w białej sukience za patrzącego na mnie z miłością mężczyznę i wierzyć, że zawsze już będziemy razem. Choć przecież - i to nie raz - podejmowałam decyzję o dzieleniu z kimś życia, wspólnym mieszkaniu, za każdym razem wierząc, że będzie to na zawsze. 

Naprawdę to wierzyłam. Robiłam sobie z kimś życie z miłości, czasem zapominając o logice i może moja naiwność wcale nie była tak inna od tej, którą przypisuję ludziom postanawiającym się pobrać?  I nawet jeśli wiem dlaczego i widzę, jakie to szaleństwo - trochę jednak zazdroszczę bohaterce momentu, gdy w gorączce (malaria) na farmie swoich rodziców w Afryce, w wieku 23 (!) lat wychodzi za mąż za Charliego Rossa.


Nie mogę pozbyć się uczucia, że życie bohaterki w bardzo niewielkim stopniu jest jej wyborem. Życie raczej jej się przytrafia, jest zdana na niespodzianki, przypadkowe działania, chaos. Jej rodzice zdecydowali tak tworzyć rodzinę. Płynąć z prądem, przyjąć za naturalną część życia cierpienie - nie zmieniając sposobu działania, nie wyciągając wniosków, nawet gdy umiera ich dziecko. 

Rozumiem, że można takie właśnie życie wybrać, trudno mi jednak ten wybór zrozumieć, gdy ma się dzieci, za które się odpowiada. Bohaterka spod opieki ojca ,,przechodzi" pod opiekę męża, nie tyle odrzucając własną sprawczość, co nigdy wcześniej tak naprawdę jej nie zaznając. Pisanie staje się dla niej jedynym aspektem życia, w którym rzeczywiście o czymkolwiek decyduje (mimo, że aż dziewięć jej powieści zostaje odrzuconych).

Odczuwam mnóstwo sympatii do głównej bohaterki i jej wrażliwości, wnikliwości, z jaką opisuje swoją rodzinę, ale mam też dużo złości na jej rodziców. Z drugiej strony, momentami zazdroszczę im spokojnego, nieco dekadenckiego podejścia do życia, nawet gdy dzieje się nieprzewidziane, niewygodne, bolesne. Zazdroszczę im luzu, spokoju, upojenia, tak jakby cały czas byli nastolatkami, które sprawdzają jak daleko jeszcze mogą przekroczyć granice.

Bohaterka jest w swoim małżeństwie samotna od początku. Nawet gdy jeszcze mieszkają w Afryce i rodzi im się pierwsze dziecko, jej mąż skupia się na pracy, a bliższą rodziną jest dla niej służba np. kobiety pomagające jej przy dziecku. Uderzająca jest zresztą przezroczystość postkolonialnego stylu życia, jaki prowadzą biali w Afryce. 

Gdy bohaterka wyjeżdża z mężem do Stanów, zaczyna poznawać inny, nowy świat, w którym planowanie, zarabianie, by się utrzymać i żyć na coraz lepszym poziomie stają się codziennością. A czas, który w Afryce wydawał się nigdy niekończącym się dobrem wspólnym, staje się istotnym i bardzo ograniczonym ,,surowcem". Mimo, że udaje jej się po latach zostać pisarką i zarabiać, całą organizację życia, w tym finansów rodziny zostawia mężowi. Ona zajmuje się dziećmi, domem, a pieniądze które zarabia nie trafiają nawet  na jej konto - ponieważ go nie posiada. Czuje się zupełnie zagubiona, gdy okazuje się, że mają poważne problemy finansowe, a wszystko co posiadają tak naprawdę należy do banku. 

Historia jej małżeństwa i jego rozpadu, które trwają prawie dwadzieścia lat, to historia o poszukiwaniu  swojej tożsamości, o samotności, ale też afirmacja życia i tych jego aspektów, o których jako europejczycy często zapominamy. Przypomina o tym, że nie da się go precyzyjnie zaplanować i przeżyć według harmonogramu, że czas, który tak skrupulatnie sobie wydzielamy wcale nie jest do końca ,,nasz", bo wcale nie wszystko od nas zależy. Trudno jednak nie dostrzec, że na ilość ,,naszego" czasu w dużym stopniu ma wpływ status społeczny czy ekonomiczny.

Bohaterka opowiada nam swoje życie, zarówno piękne jak i straszne jego aspekty. Przeżywamy z nią miłość do Charliego, ich przygody w Afryce, ale też epidemię cholery, malarię, poczucie winy za śmierć siostry, poczucie uwięzienia i osamotnienia w małżeństwie, z którego ani ona, ani jej mąż bardzo długo nie potrafią się ,,wydostać". Czytając o tym, ani przez moment nie oceniam tego stanu, trzyma ich bowiem ze sobą miłość, szacunek i odpowiedzialność za dzieci. A jednak szczęśliwe bycie razem jest dla nich niemożliwe.

Wreszcie jednak, jako czterdziestokilkuletnia kobieta, bohaterka podejmuje decyzję o rozwodzie. Zakłada po raz pierwszy swoje konto w banku. Zaczyna budować życie jako dorosła, sprawcza osoba. Pod koniec książki przytacza słowa swojego ojca: ,,Pewnie powinienem był cię ostrzec na początku. Życie własnym życiem bywa cholernie straszne, a przez jego połowę czujesz się zagubiona. Ale gdybym ci to powiedział, w ogóle byś nie zaczęła żyć, a to byłaby ogromna strata". 

,,Wyjedź, zanim nadejdą deszcze" to pięknie literacko napisana refleksja o wolności, szukaniu samej siebie, przeżywaniu i docenianiu także tych chwil, które nie są wygodne i przytulne. Dla mnie szczególnie ważna książka w tym zupełnie nowym stanie skupienia świata, w którym próbuję się odnaleźć. W zatrzymaniu, na które wielu z nas w innych okolicznościach może nigdy by sobie nie pozwoliło. W czasie, który wielu zmusi do walki o przetrwanie, spowoduje kryzys emocjonalny, ekonomiczny. Nie ucierpimy demokratycznie, co także wzbudza we mnie złość i poczucie winy.

Ja też codziennie mierzę się z lękiem jak ta sytuacja wpłynie na mnie i jak bardzo odmieni moje życie. Ze strachem o bliskich, z niedosytem fizycznej bliskości. Z niepewnością. I chociaż na niepewność sama przez ostatnie lata wielokrotnie się wystawiałam - obecne zachwianie porządku jest zupełnie czymś innym. Jest niespodziewane i nieprzewidywalne. Jak wiele rzeczy w życiu, które próbujemy, i jako nowoczesne społeczeństwa całkiem nieźle nauczyliśmy się kontrolować: miłość, ból, śmiech, śmierć. 

I to jest lekcja, której nie tylko się nie spodziewałam, ale której wcale nie chciałam, nie uwzględniłam jej w planach na ten rok, miałam przecież jeszcze więcej pracować, uczyć się, robić badania, pisać. To lekcja, której przede wszystkim - NIE wybrałam. Ale tylko ode mnie zależy co z niej wyniosę.