Szalone wirują usta. Macedonia

Za takim podróżowaniem tęskniłam. Powolnym włóczeniem się, nocnymi spacerami, długimi rozmowami. Nieprzytomną jazdą, postojami na nieznanych stacjach. 
Kiedy czas nie istnieje, pomału tylko płynie gdzieś w chmurach.
Nieprzyzwoicie wręcz jest czuć znów każdą chwilę, każdy łyk, kęs. Spać w nocy i budzić się rano, a nie tylko otwierać oczy. Z wyczekiwaniem, by móc znów je zamknąć.
Gdy anhedonia mija, a ja ODCZUWAM, a nie tylko bezwiednie trwam, zza grubej szyby obserwując własne dni. 
Jestem, i teraz, tutaj. 
Pięknie jest i smacznie, ta chwila rozpływa się w ustach. 
Dziś niebo nie jest przekrzywione. 
Ta wariatka jeszcze tańczy.




Szalona wiruje chusta.
Szalone wirują usta.*
Jak to było nie czuć zupełnie nic, tylko smutek?
Smutek tak głęboki, że niemal nieistniejący,  bo ja stałam się tym smutkiem i wszystko zupełnie poszarzało.

A teraz znów żyję bardziej, czuję, że jestem. Wchodzę do Jeziora Ochrydzkiego. Przyzwyczajam się do chłodnej wody. Stopy, kolana, biodra, talia, piersi.
Pierwszy szok z zimna, ciało to odczuwa, a ja jestem w nim, w środku, obecna.
Szyja, twarz, włosy. Zanurzam się w życiu. Zabieram się znów w świat, coraz bardziej świadomie.

Coraz przyjemniej mi w tej wodzie, wynurzając się czuję słońce na twarzy.
Promienie.
Promienie.
Na policzkach, nosie i czole.
Uśmiecham się.


Za takim wędrowaniem tęskniłam. Nieuporządkowanym, jak kraj po którym się włóczę, bardziej wschodnim niż zachodnim, z mapą na dworcu przesłoniętą automatem do kawy. Z betonowymi placami, ogromnymi pomnikami, statkami, które nie płyną do żadnego morza.

Za światem trochę jak ze snu, w istnienie którego można by powątpiewać, a jednak Skopje, stolica Macedonii istnieje naprawdę i nie wiem, czy bardziej straszy, zachwyca, czy fascynuje. Za dużo pomników, za dużo mostów, przytłaczający ogrom wszystkiego, łącznie z nieskończonymi budowami ogromnych (a jakże!) budynków w samym centrum miasta. Dzięki Projektowi 2014 Skopje miało być centrum turystycznym. Miasto odbudowane po tragicznym trzęsieniu ziemi w 1963 roku stało się  jednak kosmicznym krajobrazem, który mimo wszystko warto obejrzeć i po którym warto się poszwendać.

To wszystko ma bowiem swój wdzięk, a cały ten kosmiczny rejs po stolicy rekompensuje dzielnica za rzeką Wardar, zamieszkiwana przez albańską mniejszość. Tu wąskie, kamienne uliczki, grający w szachy na podwórku mężczyźni, meczety, bazary i łaźnie tworzą klimat sennego orientu.

Po co tu przyjeżdżać?
Chociażby po to, by zobaczyć ten piękny i szalony kraj, który nie został zniszczony masową turystyką. W Ochrydzie spotkać można już wielu przyjezdnych, ale jednak wciąż czuć serdeczność mieszkańców i szczerą chęć rozmów, opowiedzenia o swoim kraju. Kraju, który nie znalazł się jeszcze na głównej liście bestsellerowych destynacji urlopowych.

To wariackie miejsce, chaotyczne, a jednak uwodzące swoim szaleństwem. Pozwalające mi doświadczyć, po raz pierwszy od dawna, spokojnej i przyjemnej podróży. Próbować przepysznych potraw, zachwycić się niebieskością nieba i błękitem jeziora, górami i ukrytymi kapliczkami.

Tylko, że wiem, aż za dobrze, że będzie cholernie brzydko czasem. Że świat oblepi się znów szarością, w najmniej spodziewanym momencie.
Za wrażliwość się płaci. Zapłacę jeszcze nie raz zbyt wysoką cenę. 

Ale teraz będę zachwycać się kolejnym kawałkiem świata, który udało mi się przewędrować. Do tego w świetnym towarzystwie.

Bo przecież o to w podróżowaniu chodzi, żeby wrócić chociaż w najmniejszej cząsteczce inną, niż się wyjechało. 

A poza tym, jak napisała Virginia Woolf w "Pani Dolloway":

"Mimo wszystko słońce dalej świeci. Mimo wszystko człowiek znajduje pociechę. Mimo wszystko życie idzie naprzód".




(*Cytaty i parafrazy z tekstów autorstwa Agnieszki Osieckiej)